blog-relacje-lifestylowy

Sparzone dzieci

Nie od dziś wiadomo, że kształtujemy się przez lata. Od wyjścia na świat, przez pierwszy ruszający się ząb, sparzenie sobie ręki przy kuchence, pierwszego pocałunku i „nienawidzę”, lataniu na imprezy, alkoholu po uszy, własnego M3 po 30-latach kredytu, po płacz, „żegnaj” i „nie wiem co robić”.

Jedni mają lepszy start. Inni gorszy.

Od korzeni

Wszystko zaczyna się od fundamentów. W momencie, kiedy jesteśmy najbardziej chłonni na układanie wartości, uczenie się co jest dobre, a co złe i czym to się tak naprawdę różni. Czyli od korzeni. Są tacy, co mieli wspaniałe dzieciństwo, z dwojgiem kochających się rodziców i choć zdarzały się problemy (bo gdzie ich nie ma), w dorosłym życiu radzą sobie dobrze. Nie mówię o tym, że na start dostają posadę prezesa, pierwszy poznany osobnik płci przeciwnej okazał się świetnym towarzyszem nie tylko do jedzenia wspólnych obiadów, ale także miażdżącego wszystkie komórki rozkoszą seksu, a ich dzieci są prymusami już w przedszkolu. Ale po prostu było dobrze. W głowie mają poukładane. Wiedzą, że zdrada jest zła, a miłość dobra. Mają autorytety.

Nie ulegają autodestrukcji. Nie popadają w skrajności w skrajność. Potrafią jakoś myśleć.

Ci, którzy nie mieli tyle szczęścia, są zdani na siebie. I albo nauczą się siebie i zaczną żyć albo zaczną popełniać te same błędy, co zdążyli zauważyć w dotychczasowym życiu. I upadną z hukiem.

Nawyki Marioli

No bo wyobraźcie sobie. Mariola miała niespokojne dzieciństwo. Ojciec pił. Matka nie potrafiła od niego odejść. W jej rodzinie nie było widać miłości, bynajmniej nie w domu. Kiedy wszyscy mieli jeść wspólny obiad, talerze latały w powietrzu. Podnoszenie ręki? Oczywiście. Strach? Lęk? Ból? Codziennie.

Mariola uwolniła się od tego, kiedy matka popadła w depresję, a ojciec gdzieś zginął. Albo już go nie ma. Mariola ma szansę stworzyć rodzinę, o jakiej zawsze marzyła. Bo przecież marzyła, zamykając oczy wieczorem i próbując nie słuchać, nie widzieć, nie istnieć. Chciała zjeść wspólny obiad przy stole bez potłuczonego szkła ze swoją rodziną. Bo stworzy lepszą.

I co? Gówno.

Mariola chce, Mariola nie potrafi

Widzi przez okno, kiedy jakaś panna Zuzanna wychodzi z łazienki z ręcznikiem owiniętym w pasie, a jej Mariusz kroi właśnie świeży szczypiorek na blacie z prawdziwego drewna. Zuzanna daje mu buziaka w policzek, a on targa jej mokre, kurewsko seksowne loki. Siadają potem do stołu, szczerząc się do siebie jak statyści w restauracjach z najlepszych seriali.

Mariola zazdrości. Mariola udowodni, że może tak samo. Ma swojego typa, który to pieści ją nocą, czasem gdzieś podwiezie, zaprosi do mamusi, więc można go nazwać jej facetem. No to ładnie prosi go o zajebistą jajecznicę, a ona pędzi do łazienki. Wychodzi z tak samo przepasanym ręcznikiem, co prawda bez mokrych loków, ale w mokrych włosach, na palcach podchodzi do niego, całując go w policzek. Szybko jednak orientuje się, że wszystko jest totalnie nie tak. Nie lubi jajecznicy z pomidorami, wziął porysowaną patelnię, a zamiast masła – olej. Zwraca mu uwagę, ale nie potrafi normalnie. Jest tak, jak być nie powinno, więc rzuca luźną kurwą i awantura murowana.

Resztę scenariusza dopiszcie sami.

Jeszcze raz

Tak się właśnie dzieje, kiedy przepiszemy popieprzone priorytety i wartości z przeszłości w teraźniejszość. To, jak ludzie się wychowują i w jakim środowisku żyją ma wpływ na to, jakie decyzje podejmą w przyszłości. Od tego właśnie zależy jak będą budować związek/rodzinę. Dla Marioli bezpiecznie i naturalnie było wtedy, kiedy w domu był krzyk, awantura i niepokój. Wtedy czuła się paradoksalnie dobrze.

Kiedy nie będziemy potrafili wymazać pewnych rzeczy z podświadomości, dając jej totalnie kierować naszym życiem. Mając marzenia, bez wizji, jak to właściwie można by było osiągnąć.

My, dorosłe, sparzone dzieci, ludzie popieprzeni, mamy trudniej. Możemy wyrywać włosy z głowy. Tłuc szyby w drzwiach. Wyć całą noc w kiblu. To wszystko się nie zmieni, dopóki my tego nie zrobimy.

Właściwie, mamy cholernie ciężko. Bo zaczynamy od nowa.